Wiele mu mozna zarzucic i daleko mu do doskonalosci, ale powstal. I pachnie wspaniale. :)))

Uważni czytelnicy bloga oraz ci, którzy znają obecny stan rzeczy, zauważą, iż trochę poszachrowałam dziś z datami i umieściłam kilka zaległych zdjęć. Zaległości jest więcej. Zainteresowanych odsyłam do bloga Mamy, a ja póki co umieszczam zdjęcie wiewiórki innej niż wszystkie - czarnej, niechętnie pozującej do zdjęć mieszkanki Uniwersytetu Princeton, który odwiedziłyśmy z Mamą 6 grudnia.




Dzień zakończyliśmy (pierwszą dla nas obojga) wizytą w Port Richmond, polskiej dzielnicy Filadelfii. Jest to ubogie, ale czyste miejsce, które napełniło mnie tym smutkiem, który zawsze odczuwam w kontaktach z Polonią amerykańską. Tym niemniej warto było błądzić po północnej Philly, chociażby po to, żeby kupić kiełbasę krakowską, półtłusty biały ser oraz książkę w niewielkiej księgarni. No i oczywiście, aby zobaczyć jeszcze jeden filadelfijski mural. :)))
Dawno nie było tu tak słonecznego dnia...