19 January 2010
18 January 2010
Chirurdzy...
Na kilka dni przed powrotem Mamy do Krakowa, odwiedziłyśmy historyczny Pennsylvania Hospital. Udało się nam tam między innymi obejrzeć unikatową (i czasowo ograniczoną) wystawę medycznych rysunków Jana Van Rymsdyka. Prace, na pozór podobne w swojej wymowie do eksponatów wystawy Body Worlds Gunthera von Hagensa, zrodziły się jednak z zupełnie innych pobudek.
Precyzyjnie ukazane szczegóły anatomiczne tych pasteli wynikają z chęci poznania ciała ludzkiego przez XVIII-wiecznych chirurgów. Samo wykonanie to czysta sztuka i talent artysty.
Choć sposób pozyskiwania ciał do analiz był zapewne równie kontrowersyjny... Więcej do przeczytania na ten temat znajdziecie tutaj oraz w książce "The Knife Man" autorstwa Wendy Moore.17 January 2010
Makowy projekt poboczny
Fiolety haftu wiosennego będą niezwykle trudne do zniesienia, więc przyjemnością będzie praca nad makowym obrazem, który w czasie swojego pobytu w Stanach, rozpoczęła moja Mama:
Pory Roku - wejście w fazę końcową
Tuż przed wyjazdem Mamy zdołałam zakończyć haft jesienny. Mając ukończone trzy z czterech obrazów, mogę w tej chwili zacząć myśleć o ich oprawie. :)))
14 January 2010
11 January 2010
09 January 2010
Ladies and Gentleman... Welcome... to... Chicago!...
Dzisiaj odbyłyśmy z Mamą kolejną wyprawę do NYC. Tym razem, żeby zobaczyć sztukę na Broadway'u - "Chicago". Twardy rywal dla ukochanego filmu muzycznego. Trudno powiedzieć, która wersja lepsza. Teatralna ciągle puszczała perskie oko do widza, filmowa cieszyła rozmachem.


05 January 2010
04 January 2010
03 January 2010
02 January 2010
Przyjmuję gratulacje
Po nieomalże 4 latach w Ameryce i za trzecim podejściem, nareszcie mam prawo jazdy!! Nie przeszkodziło mi tym razem nawet solidne przeziębienie. Zaparkowałam tyłem równolegle, włączyłam migacze przy każdym zakręcie i nie przejechałam pod prąd nawet jednego metra. To się nazywa sztuka!! Wiem, wiem, egzamin zdawałam we własnym samochodzie i w dodatku z automatyczną skrzynią biegów, ale i tak jestem z siebie dumna. So, there!... ;PPP
01 January 2010
Po staremu...
Nowy Rok rozpoczęłam może bez fajerwerków, ale za to kichając zawzięcie. Tim zakończył swoje przeziębienie 31 grudnia, natomiast ja rozpoczęłam moje tuż po powrocie z pierwszej styczniowej mszy. Czyli znowu jest tak, jak mówi fistaszkowa Lucy: "Ten rok wcale nie jest lepszy od poprzedniego"...

Kartki z kalendarza nieodwracalnie utracone
Nie ma sensu wypisywanie uroczych herbacianych cytatów z mojego ubiegłorocznego już kalendarza. Tamte miesiące minęły i nic mi ich nie odda. 2 września wydawało mi się, że do "33 razy sztuka" i że po tym jak Mama przywróciła porządek w moim domu, wszystko jakoś się ułoży... We wrześniu wprowadziła się do nas młodsza córka Tima i faktycznie przez miesiąc było ślicznie. Rodzina prawie jak z obrazka, wszyscy uśmiechnięci, katolicka szkoła, wspólne wyjścia do kina. Nieomalże klasyczny przypadek "The Brady Bunch". W połowie października Jessica stwierdziła jednak, że nie chce jej się już myć 2 razy dziennie zębów, zbierać dobrych ocen w szkole i pracować nad nowo zawiązanymi przyjaźniami. Reszta października, listopad i większość grudnia upłynęły jej w związku z tym na pobytach w "centrach kryzysowych", które po usunięciu politycznej poprawności nazwalibyśmy po prostu zakładami zamkniętymi dla nieletnich. Dni spędzone na terapiach, dyskusjach, rozmowach, kłotniach, wrzasku, histerii i obietnicach. Obietnicach, z których nic nie wynika, bo po 8 godzinach sennego spokoju przychodzi kolejna awantura wraz z kolejnymi żądaniami. Wczorajszego Sylwestra spędziliśmy z Mamą i Timem spokojnie w domu - upiekliśmy ciasto, przygotowaliśmy sos żurawinowy, Mama uzupełniła swojego bloga, ja dokończyłam upiększanie collage'u zdjęć rodzinnych, a Timik oglądnął drugą część "Transformersów". Nudny i ciepły wieczór. Taki, jakie lubię najbardziej. A w niedzielę wraca Jessica po tygodniowym pobycie u swojej mamy i już cierpnie mi skóra na karku. Co zafunduje nam tym razem?... Bo wczoraj już dzwoniła do Tima, mówiąc, że "siostra jej nienawidzi, a mama jest na nią wściekła"... Wybaczcie więc proszę za moje okresy milczenia i za zaniedbanie cyklu kartek z kalendarza. Prawdę mówiąc nawet nie pamiętam, czy przekręcałam kartki mojego kalendarza wiszącego w kuchni.
********************************************************
December 2009
November 2009
October 200931 December 2009
30 December 2009
Care Package
Dzisiaj dostałam najmniej spodziewaną i najsympatyczniejszą niespodziankę, jaką można sobie wyobrazić - norymberskie pierniczki, płytę CD nagraną w czasie koncertu Erlanger Dreifaltigkeitskantorei w Erlangen i najpiękniejszą w tym roku kartkę świąteczną. Dziękuję Ewuniu. :)))29 December 2009
Poza porządkiem alfabetycznym
Na swoim blogu Mama napisała, że flagi państw Świata ustawione są w porządku alfabetycznym wzdłuż Benjamin Franklin Parkway. Nie jest to do końca prawda, ponieważ flaga polska znajduje się pomiędzy Kamerunem (ang. Cameroon) a Włochami (ang. Italy) i powiewa dumnie naprzeciwko pomników Tadeusza Kościuszki i Mikołaja Kopernika.
Poświęcenie
Ostatnio usłyszałam od moich Przyjaciół wiele miłych słów na temat pisania Mamy. Dlatego też postanowiłam pokazać tutaj poświęcenie z jakim wykonywane są zdjęcia pokazywane na Jej blogu. :)))

28 December 2009
24 December 2009
Wigilia 2009
23 December 2009
W sumie, to mozna by zautytulowac ten post "Spotkanie z Legenda"
W poniedzialek, w czasie swiatecznego przyjecia w Instytucie zdobylam sie na odwage i podeszlam do 93-letniego Hilarego Koprowskiego - tworcy pierwszej doustnej szczepionki przeciw polio, wytwarzanej z zywego, atenuowanego wirusa. W roku 1959, Prof. Koprowski wraz z firma Wyeth nieodplatnie przekazal Polsce 9 milionow szczepionek, dzieki czemu liczba zachorowan na chorobe Heinego-Medina w naszym kraju spadla z ponad 6 tysiecy w 1959 do 30 w 1963. Koprowski byl dyrektorem The Wistar Institute w latach 1957-1991.
20 December 2009
19 December 2009
15 December 2009
Wstęp do update'u
Uważni czytelnicy bloga oraz ci, którzy znają obecny stan rzeczy, zauważą, iż trochę poszachrowałam dziś z datami i umieściłam kilka zaległych zdjęć. Zaległości jest więcej. Zainteresowanych odsyłam do bloga Mamy, a ja póki co umieszczam zdjęcie wiewiórki innej niż wszystkie - czarnej, niechętnie pozującej do zdjęć mieszkanki Uniwersytetu Princeton, który odwiedziłyśmy z Mamą 6 grudnia.05 December 2009
25 November 2009
22 November 2009
Krokodyli uśmiech po zjedzeniu szwajcarskiej czekolady
16 November 2009
Dobry uczynek to przyjemność
Wraz z szefową uczestniczyłyśmy dzisiaj w imprezie charytatywnej "16th Annual Empty Bowl Benefit Dinner", organizowanej przez Arcadia University w Glennside, PA, której dochód przeznaczany jest na pomoc bezdomnym i głodującym. Była to kolacja, z której jako pamiątkę każda z nas wyniosła ręcznie wykonaną miseczkę, z której wcześniej spożyłyśmy zupę przygotowaną przez jedną z lokalnych restauracji. Moja miseczka wygląda tak (wykonana została przez ucznia North Penn High School w Lansdale, PA):

15 November 2009
Wychodzenie z cienia
Nareszcie odważyłam się wyjść ze swojej skorupy zahamowań i spotkałam się dziś w Filadelfii z grupą młodych Polaków tu zamieszkałych. Grupę znalazłam na portalu http://www.meetup.com/ i nie żałuję tego, choć przy okazji oglądnęłam "2012", jeden z najgorszych filmów w historii kina. Film, który recenzent Rolling Stone podsumował w ten sposób: "...Sheer, cynical, mind-numbing, time-wasting, money-draining, soul-sucking stupidity." Ale jak od dawna wiadomo, najbardziej beznadziejny film oglądnięty w przyjemnym towarzystwie może być doświadczeniem zadziwiająco pozytywnym. ;)))
A w drodze powrotnej, jak zwykle na dworcu przy 30tej ulicy, kupiłam przeuroczą książkę filadelfijskiej pisarki Lisy Scottoline "Why my third husband will be a dog". Jest to zbiór felietonów publikowanych w Philadelphia Inquirer pokazujących kobiece spojrzenie na świat. Serdecznie polecam w jesienne dni, gdy wszystko zdaje się być takie szare...
Aha! I jeszcze przy kasie w księgarni dworcowej znalazłam produkt absolutnie niespodziewany - wyprodukowane w Polsce sezamki, tutaj noszące nazwę "SesaKiss". Mniam. Życie czasami jest miłe. :)))
Słońce i księżyc
W podstawówce jedna z nauczycielek powiedziała mi, że moje imię jest węgierskim odpowiednikiem imienia Helena i pochodzi od imienia greckiego boga słońca, Heliosa. Od tego czasu szłam przez życie pewna mojej słonecznej magii i mocy. Wmawiałam sobie, że nieustanne depresje i ataki niepokoju są li i jedynie dowodem na "artystyczność" mojej osobowości. Zawsze otoczona krągiem kolorowych oryginałów byłam przekonana, że to ja właśnie stoję w centrum grupy. Teraz jestem sama, nie mam przy sobie Przyjaciół, jedynie Tima i okazuje się, jak niewiele potrafię sama zdziałać. W weekendy siedzę w domu, robiąc pranie i oglądając stare odcinki "Beverly Hills 90210" krzyżykuję obrazy innych artystów, a moja głębia sprowadza się do dyskusji na temat zachowania córek Tima. Bo tak naprawdę imię Helena pochodzi najprawdopodobniej od greckiego słowa selene, oznaczającego księżyc. A księżyc jak wiadomo świeci blaskiem odbitym od słońca i bez niego byłby tylko słabo widocznym ciałem niebieskim.
06 November 2009
Subscribe to:
Posts (Atom)




































