W zwiazku z tym, ze wieksza czesc mojego zycia spedzilam w bibliotece, mam specyficzny (choc nie taki znowu zupelnie wyjatkowy) stosunek do ksiazek. Wiele osob przeciez kolekcjonuje ksiazki, szanuje je i traktuje je jak czlonkow rodziny. Ja moje ksiazki kocham na tyle, zeby wydac tysiac dolarow na przeslanie ich do Stanow. Rozumiem, ze niektorych moze to szokowac i nie okazalam wiec zdziwienia, gdy wiekszosc z moich 10 paczek dotarla do mnie w stanie dosc sponiewieranym, wskazujacym na dzialalnosc amerykanskiego urzedu celnego. Co mnie natomiast ostatnio wprowadzilo w oslupienie, to stosunek, jaki do ksiazek ma Sara - Amerykanka z tytulem doktora, z ktora tutaj pracuje. Czyta duzo ksiazek. Wypozycza je w bibliotece, jak wiele oszczednych osob. Kupuje je rowniez czasami, ale nigdy nie zatrzymuje. Po przeczytaniu wysyla je swojej mamie, albo oddaje przyjaciolom. Gdy byla mlodsza, zanosila swoje ksiazki do lokalnej biblioteki i nie mowiac nic bibliotekarzom, zostawiala je na polkach. Zawsze we wlasciwym dziale i w porzadku alfabetycznym. Nietypowa to milosc do ksiazek i do ludzi chyba tez, bo przeciez nie kazdy umie tak bezinteresownie dzielic sie z innymi swoja wlasnoscia. :)))